strony (ustawione w środkowej kolumnie)

czwartek, 5 listopada 2020

Nadzieja

Kapitan Yamato rozpalił niewielką, naftową lampę.  Pokryty grubą warstwą kurzu pokój nabrał jeszcze bardziej obskurnego wyglądu. 

Naruto oparł się o drzwi i w ciszy obserwował członków drużyny.

Sakura pod jedną ze ścian rozścielała posłanie. Mamrotała pod nosem coś, czego nie był w stanie zrozumieć. Sai siedział w kącie po przeciwległej stronie i uważnie śledził oczami każdy jej ruch z tą swoją wkurzającą, nie wyrażającą żadnych emocji miną. Kapitan Yamato krążył po pomieszczeniu. O czym on tak myślał? Strategii? Misji? Może miał jakiś inny plan? Albo był głodny… To akurat Naruto był w stanie zrozumieć.

— Możecie tu podejść? Chciałbym omówić z wami dokładnie cały plan. Nie ma miejsca na żadne błędy — powiedział w końcu, wskazując miejsce na środku pokoju.

Sakura posłała Naruto pełne determinacji spojrzenie i od razu usiadła przy lampie. 

Z ciężkim westchnieniem usadowił się między nią i kapitanem. Nie miał najmniejszej ochoty chociażby przechodzić obok Saia. Nie ufał mu. Poza tym nikt nie był w stanie, nawet na krótki czas, zastąpić Sasuke.

— Podejdziemy wroga w dwóch grupach. Ja i Sakura stworzymy pierwszą. Naruto i Sai drugą. 

Naprawdę? NAPRAWDĘ? 

Naruto posłał Saiowi pełne niechęci spojrzenie i skrzywił się jeszcze bardziej, gdy ten odpowiedział mu wymuszonym uśmiechem. Sakura podniosła wzrok na sufit.

— Współpraca jest podstawą — ciągnął Yamato, ignorując ich reakcje. — Skład grup nie podlega dyskusji. Musimy przyjąć, że wróg jest dobrze wyszkolony. Równie dobrze uzyskana od Sasoriego wiadomość może być kantem, zwykłą pułapką. Musimy rozważyć każdą możliwość.

— Nie wydaje mi się, by to było kłam… — podjęła Sakura, ale szybko ucichła pod spojrzeniem Kapitana.

— Każde potknięcie, w naszej sytuacji, może kosztować czyjeś życie. Mógłbym wiele mówić na ten temat, ale skupimy się na misji. Most Nieba i Ziemi znajduje się mniej niż pół dnia drogi stąd. Zdążymy dotrzeć tam z dużym wyprzedzeniem. Przeprowadzimy symulację, omówimy każdy możliwy scenariusz. I pamiętajcie — urwał i spojrzał na każdego z osobna — naszym celem nie jest pokonanie wroga. Idziemy tam tylko zdobyć informacje o kryjówce Orochimaru, a tym samym…

— W końcu dowiemy się, gdzie przebywa Sasuke — szepnął Naruto.

Zwiesił głowę i utkwił wzrok w dłoniach, które zacisnął w pięści. Tyle lat na to czekał. Tyle czasu spędził na treningach... Chciał zostać tym cholernym hokage, zawsze o tym marzył, ale... Nie mógł tak po prostu zrezygnować z Sasuke. Musiał w końcu dotrzeć do tego głupka i natłuc mu trochę rozumu do głowy. Ich więź nie została zerwana. Jeszcze nie.

Kapitan Yamato wyciągnął przed siebie mapę i zaczął dokładnie tłumaczyć plan. Naruto jednak nie był w stanie się na nim skupić. Wahał się. Powinien powiedzieć członkom drużyny o informacji, którą dostał tuż przed wyruszeniem? Mógł ufać Sakurze, kapitanowi przecież też, ale Sai… Chociaż nie. Czy oni mogliby zrozumieć? Może Sakura tak, ale… Cholera!

Zawiesił wzrok na tańczącym płomieniu lampy. Nie. Nie mógł powiedzieć nikomu. Przecież obiecał.


Biegł ile sił w nogach. Cholera, że też znowu zaspał! Sakura na pewno będzie na niego krzyczeć… Musiał się pospieszyć!

Wypadł gwałtownie z bocznej uliczki i o mały włos nie zderzył się z nadchodzącymi z naprzeciwka osobami.

— Ugh! Naruto, uważaj trochę! — krzyknęła Tenten, która w ostatniej chwili odskoczyła na bok.

— Przepraszam, przepraszam — zaśmiał się nerwowo. — Zaspałem na misję. Muszę uciekać. Jeszcze raz przepraszam!

— Misję? — powtórzył Neji, chwytając go za ramię. — Gdzie?

— Chyba nie mogę zdradzać szczegółów, ale gdzieś w kraju Trawy… — odparł Naruto i nerwowo przeniósł wzrok na ulicę. Naprawdę musiał się pospieszyć! — Neji, Sakura na mnie czeka, nie chciałbym znowu dostać po głowie za spóźnienie…

— Wytłumaczę cię przed nią, jeżeli to rzeczywiście jest problem. Pozwól na chwilę.

Nie był w stanie zaprotestować, bo Neji chwycił go mocniej, po czym niezbyt delikatnie przeciągnął na drugą stronę ulicy.

— Mam do ciebie prośbę, Naruto. Musisz obiecać, że nikomu nie powiesz tego, co mam zamiar ci zaraz przekazać.

Westchnął zrezygnowany. Na pewno mu się oberwie. Na sto procent. Oby Sakura była dzisiaj w dobrym humorze…

— No dobrze, obiecuję.

Neji zmarszczył brwi, a po chwili uciekł wzrokiem w bok. Przez chwilę wyglądał, jakby toczył walkę sam ze sobą. W końcu przysunął się trochę bliżej.

— Ona gdzieś tam jest, Naruto. Miej oczy szeroko otwarte. Nie wiem dlaczego, nie wiem w jaki sposób, ale… ona wplątała się w coś złego. I musimy ją z tego wyciągnąć. Najszybciej, jak to możliwe.

— Ona? — zapytał niepewnie. — Chyba nie do końca rozumiem…

— Hinata — szepnął Neji. — Widziałem ją. Ona gdzieś tam jest. I jest w jakiś sposób z nimi powiązana.

Zamarł. 

Hinata? Jest gdzieś… gdzie? Powiązana z kim? Nie rozumiał! Co ona miała z tym wszystkim wspólnego?

Neji musiał dojrzeć jego zmieszanie, bo pokręcił głową.

— Nie mogę powiedzieć więcej. Wiem, że masz określony cel misji. Ale proszę cię, żebyś zwracał uwagę na wszystko, co wyda ci się podejrzane. Te wszystkie ataki, organizacje, porwania… to jest jakoś ze sobą powiązane. Jestem pewny. Nie dostałem pozwolenia na opuszczenie wioski. Skoro ty możesz to zrobić… Proszę, rozejrzyj się za moją kuzynką.

Jego głos zadrżał, gdy wypowiadał ostatnie zdanie. 

Chwilowy szok, którego doświadczył Naruto, szybko ustąpił determinacji. Nie rozumiał. Nie musiał rozumieć. Stanowczość w głosie przyjaciela wystarczyła.

— Masz moje słowo, Neji. Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.


— Naruto, słuchasz w ogóle? — Sakura zamachała dłonią przed jego oczami.

Skinął energicznie głową. Usiadł wygodniej,  przenosząc wzrok na mapę.

Musiał być uważny. Mieć oczy i uszy szeroko otwarte. W grę nie wchodziło już tylko jedno życie — teraz na szali były dwa.



***


— Nie bójcie się, dziewczyny. Wszystko będzie dobrze! — Ayano starała się brzmieć jak najbardziej przekonująco, ale jej głos drżał. Spodnia warstwa jej kimona była cała mokra od potu, a kurz osadzony w podziemiach przykleił się już chyba do każdego odsłoniętego kawałka skóry. Ochyda!

— Ayano-sama, co się dzieje? Gdzie idziemy? — zapytała jedna z akolitek.

— Ku wolności, moje drogie — odpowiedziała żartobliwie. — Musimy dostać się jak najszybciej do ogrodów. Więc proszę was: mniej gadania, więcej przebierania sandałkami!

Niespokojne szepty podążających za nią kapłanek dawały zastrzyk adrenaliny. Ten strach, ta niepewność… nawet tląca się w sercu nadzieja. Mieszanka tych wybuchowych uczuć była czymś zupełnie nowym, ale… nie nieprzyjemnym.

Kobiety krzyknęły, gdy świątynia zadrżała w posadach.

— Ayano, cholero jedna! Gdzie ty jesteś?!

— Asuka?! — zawołała, osłaniając się dłońmi przed opadającymi z sufitu odłamkami. — Tutaj! Co się dzieje na górze?!

Asuka przedarła się do niej przez tłum spanikowanych akolitek. Westchnęła ciężko, po czym otarła dłonią pot z czoła.

— Chyba młoda zdążyła już spotkać się z Akirą. Jej bluzgi słychać nawet w podziemiach — zaśmiała się. — Dobra, panienki! Porzucamy plan przyczajonej, spokojnej ewakuacji. Kimona w górę i zapierdalać do wyjścia! 

Po jej słowach zapanowała chwilowa cisza. Gdy świątynia ponownie zadrżała, akolitki z donośnym krzykiem rzuciły się pędem przed siebie. 

Ayano posłała przyjaciółce karcące spojrzenie.

— Nie przesadzasz trochę?

Chciała brzmieć poważnie, ale uśmiech i tak wkradł się na jej usta. Asuka pokręciła głową, wzdychając ciężko. Już, już miały ruszać za akolitkami, ale...

— Dziewczyny! Czekaj… Czekajcie na mnie! O święta Shineru, zaraz płuca wyrzygam!

Akane biegła w ich kierunku, co chwilę potykając się o kimono. 

— Oj ty cherlaku mały. Co, słaba kondycja? A jak mówiłam, żebyś trochę ze mną poćwiczyła, to zawsze miałaś coś lepszego do roboty. 

— To nie jest… śmieszne, Asuka! — Akane dobiegła do nich i oparła dłonie na kolanach. Brała łapczywe wdechy, a pot spływał jej po całej twarzy.

— Udało się? Zamknęłaś przejścia?

— Tak… prawie wszystkie… zapieczętowane. Jeszcze to ostatnie przed nami.

— Dobrze. Bierzemy się do działania. Świątynia może zaraz runąć, musimy ukryć te spanikowane kobiecinki w ogrodach. — Asuka przeniosła wzrok na Ayano. —  Tobie ufają najbardziej, nie?

— Zajmę się tym. — Ayano skinęła głową i ruszyła wzdłuż korytarza. Akane szybko do niej dołączyła, ale po kilku krokach zatrzymała się. Zerknęła przez ramię na Asukę.

— Asu? — zdziwiła się. — Na co czekasz? No chodź!

Asuka westchnęła ciężko. Przez chwilę błądziła wzrokiem po suficie.

— Nie mogę. Ktoś musi zająć się Shineru.

— Nie musicie się nią martwić.

Akane pisnęła, gdy Fukuro nagle pojawił się tuż obok.

— Czy ty się bogów nie boisz, świrze? Chciałeś, żebym cię dźgnęła?!

Samuraj przeniósł wzrok na Asukę, która wyciągała w jego kierunku ostrze. Parsknął śmiechem, a następnie stuknął palcem jej broń, która w ułamku sekund pokryła się małymi pęknięciami.

— No czyś ty zwariował?! Akane, puść mnie! Zabiję gnoja, zabiję!

— Przestańcie, nie mamy teraz na to czasu… —  mruknęła Ayano, wpatrując się niepewnie w sufit. Kolejne potężne huki wprawiły świątynię w drżenie.

— Powinnyście iść do ogrodów. Teraz. Hinata stawia czoła Akirze. — Fukuro spoważniał. — Wydaje mi się… chyba będzie lepiej, jeżeli będziecie jej unikać. 

— Co? Dlaczego? — zapytała Akane.

Fukuro skrzyżował ramiona na piersi. Westchnął ciężko i opuścił wzrok.

— Jest w niej… coś — powiedział po chwili wahania. — Ciężko przewidzieć, jak się zachowa, gdy będzie przyparta do muru. Którejś z was mogłaby stać się krzywda.

Popatrzyły wszystkie po sobie, wyraźnie zmieszane.

— Nie zostawię jej z tym samej — zaczęła Asuka. — Jeżeli Shineru…

— Mówiłem już, że Shineru nie jest waszym zmartwieniem.

Zapadła cisza. Asuka wpatrywała się w Fukuro szeroko otwartymi oczami.

— Akane, Ayano, idźcie za akolitkami — powiedziała chłodnym, ale drżącym głosem.

— Ale…

— Idźcie, już!

Ayano posłała jej pełne wyrzutów spojrzenie.  Zacisnęła usta w wąską linię. Bez słowa wzięła Akane za rękę i pociągnęła ją w głąb korytarza. Stąpała możliwie jak najciszej, żeby dosłyszeć odbijające się echem głosy Asuki i Fukuro.

— Wiem, co chcesz zrobić. To zajebiście głupia decyzja, a ty jesteś kompletnym kretynem.

— I mówisz mi te wszystkie urocze słowa, ponieważ…?

— Idę z tobą.


***


Odskoczyła na bezpieczną odległość. Przyklękła, kilka łapczywych wdechów. Zerknęła na paskudną ranę, która ciągnęła się przez całe ramię. Poruszyła ręką i zmarszczyła brwi. Skręcony nadgarstek, uszkodzony bark. Cholernie bolało. Jak miała walczyć w tym stanie? 

No, moja droga, idzie ci naprawdę kiepsko — skwitował w jej głowie Akise. — Spodziewałem się po tobie znacznie więcej…

— Nie pomagasz — warknęła pod nosem. — Zamilcz, błagam cię.

Podniosła wzrok na Akirę, która po przeciwległej stronie dziedzińca ocierała krew z rozciętego czoła. Gdy kapłanka podchwyciła jej spojrzenie, uśmiechnęła się z pogardą i wyciągnęła przed siebie sztylet.

— Myślałaś, że masz ze mną jakiekolwiek szanse, bezczelna gówniaro? — prychnęła. — Swoją drogą... głupota strzeliła ci do głowy. Myślałaś, że przebudzenie krwi jakkolwiek wpłynie na twoje umiejętności? Zgłupiałaś do reszty! — krzyknęła, stawiając krok w jej stronę. — Wychowałam cię, dałam ci wiedzę, schronienie, a ty… Ty…

— A ja — przerwała Hinata — miałam czelność dostrzec prawdę. To cię tak boli, prawda? Na co liczyłaś, Akira? Że pozwolisz Shineru  uczynić ze mnie kontener, a Kaguya od tak zstąpi z góry i, nie wiem, zniszczy świat? Zrealizuje jakąś twoją chorą wizję chaosu?

— Nie waż się w ten sposób mówić o Najświętszej Matce!

Akira w ułamku sekund ruszyła do ataku. 

Hinata przygotowała się na odparcie ciosu. Gdy wyciągnęła przed siebie katanę, ból sparaliżował jej ciało. Zachwiała się. Szlag! W ostatniej chwili wykonała unik. Przykucnęła i próbowała podciąć nogi kapłanki. Akira była szybsza. Przeskoczyła nad nią i ponownie wymierzyła cios. Kolejny unik. Mało brakowało! 

Podniosła się szybko i wyprowadziła ostrze od dołu. Udało jej się przeciąć skrawek kimona. Szlag, szlag! Musiała być bardziej precyzyjna! W tym tempie nigdy nie uda jej się wygrać!

Gdy kapłanka obróciła się na pięcie i zaatakowała sztyletem, Hinata od razu zablokowała cios kataną. Ostrza zgrzytnęły. Dłonie jej drżały od wysiłku. 

Jakim cudem Akira była taka silna?! Jeszcze kilka sekund i nie będzie w stanie utrzymać ostrza. Musiała szybko coś wymyślić!

Głośny, kobiecy krzyk wdarł się nagle do jej uszu. Na tyle potężny, że ściany świątyni zaczęły drżeć, a witraże pokryły liczne pęknięcia.

Napór sztyletu Akiry zelżał. Hinata upuściła katanę. Przyklękła i zasłoniła uszy dłońmi. Miała wrażenie, że ten przeraźliwy wrzask wdzierał się do jej głowy. 

— Moja bogini… moja pani…!

Podniosła wzrok na Akirę, która wpatrywała się w wejście do podziemi z twarzą wykrzywioną nieokiełznanym gniewem.

To jest twoja szansa, Hianta! — krzyknął Akise. — Ktoś zdołał przedrzeć się do Shineru. Pozwól mi zająć się łącznikiem. Nie będzie kolejnej szansy! Zrób to, szybko!

Zadrżała. Miała w głowie kompletny chaos. W dodatku każda zamiana z lisem kosztowała ją naprawdę dużo. Przeżyłaby kolejny raz? Nie. Nie mogła się nad tym zastanawiać. Obiecała, że uwolni kapłanki. Musiała to zrobić. 

Zerknęła po raz ostatni na Akirę, która snuła się otępiale po dziedzińcu.

— Przepraszam… — szepnęła, zamykając oczy. — Zrób to, Akise.

Przejęcie kontroli zajęło mu mniej czasu niż poprzednio. Ciało dziewczyny zaczęło przyzwyczajać się do jego obecności — znosiło go coraz lepiej. W takim układzie… kto wie? Może jego nosicielka będzie bardziej użyteczna, niż zakładał?

Poruszył palcami dłoni. Skrzywił się. Otworzył oczy, omiatając wzrokiem dziedziniec. Ta biedna, zmanipulowana kapłanka wciąż kręciła się w pobliżu. Dobrze. Mógł pozwolić sobie na małe poprawki. Chciał cieszyć się doświadczaniem fizyczności w jak najlepszy sposób. Bez wahania chwycił bark Hinaty i wprawnym, mocnym ruchem pchnął go w dół. Kość trzasnęła, a Akise westchnął z rozkoszą. Fizyczny ból… uczucie, którego nie było mu dane tak długo doświadczać. Coś wspaniałego.

Pokręcił nadgarstkiem i zerknął na leżącą obok katanę. Zmarszczył brwi. Przecież tym prymitywnym ostrzem mogłaby zranić co najwyżej starego ślepca. Głupie dziewczę.

Był głodny. Od jak dawna nie została mu złożona żadna ofiara? Prawdopodobnie blisko dwudziestu dekad… Cholerni ludzie! Tak zapominać o swoich bóstwach… Gdyby choć trochę dbali o zasilanie ich ofiarą i modlitwą, nie musieliby uciekać się do wymykania w tę cholerną Noc Prześwitu! Jednak ta kapłanka… Tak, powinna wystarczyć na dłuższy czas. W dodatku była zasilona mocą Shineru, czuł to wyraźnie. Pachniała oszałamiająco… Z pewnością smakowała równie dobrze.

Akise zachichotał pod nosem. Pokierował Hinatą tak, by oparła dłonie na ziemi. Tchnął w nią duży pokład chakry. Tak… to cudowne uczucie! Jej ciało stawało się bardziej giętkie. Transformacja przechodziła wyjątkowo szybko. Wbił pazury w ziemię. Machnął utworzonymi z chakry ogonami. Dotknął językiem wystających kłów. Uśmiechnął się i obnażył je. 

Ruszył do ataku.

Kapłanka nie spodziewała się tak szybkiego ciosu — uderzona w kark, opadła z ciężkim jękiem na kolana. 

— Moja Pani… Shineru-sama! Muszę jej pomóc, muszę do niej iść… — mamrotała ze złością.

Akise przewrócił oczami. Ludzkie przywiązanie zawsze wydawało mu się żałosne i głupie. W jego mniemaniu prawdziwa wolność zaczynała się tam, gdzie kończyły się więzi. Choć w tym przypadku… czy mógł w ogóle nazywać to oddaniem? Przecież ta głupia kobietna kompletnie oszalała na punkcie Shineru. 

Mimo to, nie było mu jej szkoda. 

Chwycił kapłankę za włosy i uniósł ją. Krzyknęła z bólu. Próbowała się wyrywać, ale z marnym skutkiem. To było tak... rozczarowujące. Miał nadzieję stoczyć prawdziwą walkę, zmęczyć się trochę, poczuć te cudowne uderzenia adrenalin, tymczasem przyszło mu się mierzyć z pustą, ogarniętą manią, słabiutką człowieczyną. Cóż, taka wersja wydarzeń też go satysfakcjonowała. Był tak cholernie głodny!

Potrząsnął kobietą i wolną dłonią chwycił ją za gardło. Przysunął do niego usta. Oblizał się łakomie, czując pulsowanie w kłach.  Rozchylił wargi.

— Hinata, nie! Stój, błagam cię! Nie rób tego!

Zastygł w miejscu. Uniósł brwi i przeniósł wzrok w kierunku głosu. Gdzie…? Oh, pod filarem. Czarnoskóra kobieta wpatrywała się w niego szeroko rozszerzonymi oczami. W drżących dłoniach trzymała tradycyjne yari. Zamarła, gdy skrzyżował z nią spojrzenie. Kolejna, którą powinien zabić? Chyba nie. Być może jego droga człowieczyna miałaby mu to za złe. Ale z tej małej, którą miał już jak na tacy, nie miał zamiaru rezygnować.

Nie odrywając wzroku od czarnoskórej kobiety, otworzył szeroko usta i z cichym warknięciem wbił się w szyję szamoczącej kapłanki. 

Pierwsze uderzenie krwi o język przyjął z dreszczem rozkoszy. Tak, dokładnie tak, jak przewidywał… Nasycona mocą Shineru kapłanka smakowała jak najlepszy deser! Zatopił kły jeszcze głębiej. Mocno zassał cudowną w smaku krew. Przełykał szybko i gwałtownie. Oby jak najwięcej! Przymknął oczy. To nie tylko wrażenie - jego energia została wzmocniona po tak wspaniałym posiłku. Pił, jakby pierwszy raz od lat był w stanie ugasić palące pragnienie.

Kapłanka drapała go paznokciami, próbowała odepchnąć, ale szybko opadła z sił. Zaledwie po kilku chwilach przestała się szarpać. Teraz była w stanie jedynie cicho rzęzić.

Ludzie… tak kruche istoty.

Gdy już niemal skończył, poczuł na szyi piekący ból. Skrzywił się, ale nie przerywał. Jeszcze więcej, jeszcze trochę! Kolia zaczynała parzyć skórę. Szlag by to! Czas zakończyć to małe przedstawienie…

Zacisnął mocniej kły i gwałtownie przeciągnął po całej długości szyi kapłanki. Odgłos rozdzieranej skóry... Ach! Po jego plecach przeszła seria przyjemnych dreszczy. W ostatnim akcie desperacji próbował jeszcze spijać resztki krwi z cieknącej rany. Chciał więcej, choćby odrobinę! Oblizał wargi i zamarł.

Przesunął językiem po zębach, czując w ustach gorzki posmak. Splunął z odrazą. 

Popiół. Cholerna kapłanka… rozsypała się w pył. 

Niespotykane... Więc była w świątyni aż tak długo? Skoro umarła w ten sposób… tak. Nie było wątpliwości. 

Shineru została pokonana.

Potoczył wzrokiem po dziedzińcu. Cholera… ten pieprzony samuraj zbliżał się w jego kierunku. 

— Ładnie cię pokieraszowała nasza mała Shineru, nieszczęsny bożku — zachichotał na jego widok. — Rozstania bywają trudne, czyż nie?

Fukuro nie odpowiedział. Ścisnął mocniej katanę. Akise od razu wyczuł jego zamiary. Postanowił jednak nie podejmować żadnych działań. Skoro mógł wymusić dla siebie jeszcze więcej dobrego, dlaczego by nie skorzystać z takiej szansy? Zamknął oczy, a gdy ponownie je otworzył, uśmiechnął się złośliwie. Zgodnie z przewidywaniami — samuraj stał zaledwie centymetry od niego, przyciskając ostrze do szyi Hinaty.

— Dalej, zrób to — mruknął zachęcająco. Nachylił głowę dziewczyny bliżej ostrza. Czuł chłodny dotyk stali na skórze. — Tylko jeden szybki ruch i wrócę na górę. Zabij ją. Przecież to leży w twojej naturze. Mylę się, Ner…

— Oddaj dziewczynę. 

Samuraj był niewzruszony. Z kamiennym opanowaniem znosił jego pełen wyższości uśmiech. 

Godne podziwu.

Akise westchnął i rozłożył ręce. Wyprostował się.

— Skoro tak nalegasz… — Zamknął oczy. — Jeszcze przyjdzie na nią czas. Dziewczyna jest moja, podrzędny bożku. Nie licz na to, że szybko się ode mnie uwolni.

Gwałtownie została wyrwana ze snu. Zupełnie tak, jakby ktoś krzykiem wybudził ją z koszmaru. Nie była w stanie odpowiednio szybko zapanować nad ciałem. Czuła, że traci grunt pod stopami. 

Po plecach przebiegł jej dreszcz, gdy została wsparta przez znajomy chłód. Fukuro? 

Nie mogła otworzyć oczu. Była zbyt słaba. Jak przez mgłę widziała krótkie urywki wspomnień, których dzięki jej ciału doświadczył kitsune. 

Akira… jej krzyk i łzy. Przerażenie w oczach Asuki. Ale dlaczego…? Dlaczego patrzyła na nią z tak dużym strachem? Fukuro… w jego wzroku też dostrzegała pogardę. Bogowie… Ona chyba nie…?

Wzięła głęboki wdech i od razu zakaszlała. Suche gardło miała oblepione lepką, gęstą cieczą. Nie mogła oddychać! Kolejny głęboki wdech. Ostra, metaliczna woń wywołała zawroty głowy. Z niemałym trudem podniosła powieki.

Wszystko było zamazane. Pierwszym, co zdołała dostrzec, była niewyraźna twarz Fukuro. Zamrugała i poderwała się gwałtownie.

Chciała coś powiedzieć, ale ból skutecznie jej to uniemożliwił. Zawroty głowy przybrały na sile. Wsparła dłoń na ramieniu samuraja i zaczęła przyglądać się jego twarzy. Był cały zakrwawiony! W dodatku jego oko…

Z trwogą przejechała palcami obok rany. Od lewej powieki aż do końca policzka ciągnęły się głębokie ślady pazurów. Fukuro w odpowiedzi na jej dotyk odwrócił wzrok. Kto zrobił mu coś tak strasznego...? Dlaczego?!

Chciała wstać, ale wciąż była zbyt słaba. Dopiero wówczas zwróciła uwagę na duszący odór krwi, który unosił się dookoła. To nie Fukuro był jego źródłem. 

Podniosła dłonie na wysokość twarzy. Krew. Były całe we krwi. Tak samo jej nogi, ubrania… usta.

Czuła, że jej oczy rozszerzają się pod wpływem szoku. Nie... To nie mogła być prawda!

Ogarnięta paniką rozejrzała się. 

Popiół. Akira. Zabiła Akirę. Zabiła ją. Ta cała krew…

Odepchnęła Fukuro, upadając na kolana. Obrzydzenie wstrząsnęło jej ciałem. Wsparła się dłońmi o ziemię i zakaszlała. Kolejny dresz. Dygotała pod wpływem torsji. Rzygała tak długo, że zaczęła się dusić. Łzy mimowolnie płynęły jej z oczu. Bogowie… co ona zrobiła? 

Słyszała głos Fukuro, ale nie zwracała uwagi na jego słowa. Jak mogła do tego dopuścić? Jak mogła to zrobić? Zamordowała. Zabiła Akirę. Miała na sobie jej krew. 

Drgawki trzęsły całym jej ciałem. Nie próbowała nawet ich opanować. Musiały wyprzeć z niej te ohydne uczucia. 

Zabiła. Odebrała komuś życie. Wielcy bogowie… jak mogła?!

Musiała coś z tym zrobić. Musiała zostać ukarana. Musiała...

— Wystarczy tego.

Poczuła dłoń na ramieniu. Fukuro szarpnął nią energicznie i zamachnął się. Zamrugała kilkakrotnie, gdy piekący ból rozlał się po jej policzku. Czy on…?

— T-Ty… Ty mnie uderzyłeś… — szepnęła, przykładając dłoń do twarzy.

— Zejdź wreszcie, do cholery, na ziemię! — wrzasnął Fukuro. — Nie mamy teraz czasu na twoje pieprzone wahania! Shineru jest martwa, Akira też. Na zewnątrz czekają kobiety, które nie mają dokąd się udać, a w podziemiach jest cel tego całego chaosu, który wywołałaś ty! Ty! Weź się wreszcie w garść! — Potrząsnął nią kilka razy. — Jeżeli mam wybierać między tobą, a dziesiątkami innych żyć, to nawet się nie zawaham. Idziesz ze mną, czy będziesz czekać, aż świątynia kompletnie się zawali i zostaniesz zmiażdżona?

— Ja… ja…

Zakrztusiła się przez gorzki posmak w ustach. Odkaszlnęła. Wiedziała, że nie powinna się wahać. Jeżeli teraz by się wycofała, jaki byłby sens wszystkiego, co do tej pory zrobiła? Musiała przeć do przodu. Na wyrzuty sumienia czas mógł przyjść później.

Westchnęła ciężko i skinęła głowę. 

— Przepraszam, Fukuro…

— Nie mamy teraz na to czasu. Możesz iść?

Postawiła kilka chwiejnych kroków w przód i sięgnęła po katanę, która tkwiła wbita w ziemię. Zawiesiła wzrok na swojej posiniaczonej, zakrwawionej dłoni. Serce głośno tłukło się w jej piersi. Mdłości podeszły jej znów do gardła, więc szybko przeniosła wzrok na Fukuro. Wzięła kilka głębokich wdechów.

— Nic mi nie jest. Chodźmy — mruknęła.

Fukuro wyciągnął dłoń w jej stronę, a gdy niepewnie ją ścisnęła, zaczął ciągnąć ją w kierunku pobliskiego zejścia do podziemi. Zmusiła się do biegu. Serce biło jej coraz szybciej. Myśli co chwilę uciekały w kierunku śmierci Akiry, ale usilnie odsuwała je na bok. Nie teraz. Później. Gdy już wszystko dobiegnie końca.

Podziemia świątyni były w większości zawalone. Gęsty kurz unosił się w powietrzu, utrudniając widoczność. Gdyby Fukuro zawzięcie nie ciągnął jej za sobą, już dawno by się zgubiła. Już miała otwierać usta, by zapytać go o Shineru, ale zrezygnowała, gdy dostrzegła w końcu masywne, znajomo wyglądające drzwi.

Zatrzymali się oboje zaledwie kilka stóp przed nimi. Spojrzeli na siebie w ciszy i skinęli głowami.

— Myślisz, że świątynia będzie walczyć nawet bez rozkazu Shineru? — zapytała niepewnie.

— Możliwe — szepnął Fukuro. — Jesteś gotowa?

Nie była. Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, a tym bardziej — czy mogła w jakikolwiek sposób pomóc. Mimo to wsunęła palce we wgłębienie drzwi. Fukuro poszedł w jej ślady.

— Na trzy — powiedział cicho. — Raz.

Zacisnęła mocniej dłoń na szorstkim drewnie.

— Dwa.

Wzięła głęboki wdech.

— Trzy.

Z całej siły pociągnęli wrota, które ustąpiły z donośnym zgrzytem.  Od razu uderzył w nich zapach stęchlizny i dojmujące zimno. 

Hinata musiała zmrużyć oczy, które zapiekły od pulsującego, zielonego światła. Chwyciła mocniej katanę, gdy Fukuro wciągnął ją do pomieszczenia.

— Nie słuchaj szumu liści i nie patrz na nie — to genjutsu. Zajmę się tyłem i lewą stroną, reszta jest twoja! — zawołał, od razu wbiegając głębiej.

Gdy przyzwyczaiła oczy do światła, zadarła głowę. Wstrzymała oddech. Rozciągało się przed nią ogromne drzewo, którego gałęzie były tak potężne i długie, że wrastały w sufit — zupełnie, jakby były filarem, podtrzymującym całą świątynię. Korzenie rozchodziły się w każdy zakątek ogromnej komnaty, pulsując co chwilę delikatnym światłem. Przypominały… żyły. Krew… nie!

Potrząsnęła głową. 

— Czego mam szukać?! — krzyknęła, podchodząc bliżej.

— Korzenie! — Zniekształcony echem głos Fukuro dobiegł zza drzewa. — Nie otwieraj tych zwiędłych, bo… Po prostu nie rób tego. Tylko te, które pulsują. Poobcinaj je. Szybko!

Przełknęła z trudem ślinę, i wyciągnęła przed siebie katanę. Podbiegła do jednego z większych korzeni, od którego wychodziły pozostałe. Zamachnęła się. Z całej siły uderzyła w drewno. Broń odbiła się i prawie wypadła z jej dłoni. Pisnęła z zaskoczenia. Dlaczego…? Zamachnęła się jeszcze raz. Znów to samo! Szlag!

— Nie mogę go przeciąć! — zawołała w stronę Fukuro.

— Nic dziwnego, moja droga. Tym tępym dziadostwem możesz co najwyżej podłubać w zębach po kolacji…

Zerknęła w prawo na pobliski korzeń, na którym pojawił się Akise. Lis rozsiadł się nonszalancko i patrzył na nią ze złośliwym uśmiechem.

— Ty… — Wyciągnęła drżącą dłoń w jego stronę. — Ty!

— No, no, spokojnie… — Akise cmoknął. — Nie mamy teraz na to czasu, nie mylę się? 

Zupełnie jakby na potwierdzenie jego słów po podziemiach poniosły się kolejne huki, które wprawiły sufit w drżenie. 

— Przydałaby ci się znowu pomoc, kochana? Wyglądasz, jakbyś jej potrzebowała.

Hinata zmrużyła oczy. Pieprzony kłamca. Cholerny oszust.

— Ranisz! — krzyknął Akise, przykładając dłonie do piersi. — Wiesz, że im dłużej zwlekasz, tym bardziej świątynia próbuje się zregenerować kosztem tych małych, niewinnych żyjątek? Być może kolejne właśnie traci życie, bo wolisz na mnie bluzgać i zwlekać z przyjęciem pomocy, której przecież potrzebujesz…

Miała ochotę rozedrzeć go na strzępy. Mogłaby rozerwać przy tym swoją pierś gołymi rękami, jeżeli pozwoliłoby jej to na zniszczenie tego cholernego drania.

— Niech cię szlag! — syknęła przez zaciśnięte zęby.

— Rozumiem, że jest to potwierdzenie. — Usta Akise rozciągnęły się w złośliwym uśmiechu. Zeskoczył z korzenia i podszedł bliżej, po czym przejechał dłonią po ostrzu, które trzymała. — Kitsunebi powinny… nie, one na pewno sobie z tym poradzą. Podziękujesz mi później…

Gdy zaczął rozpływać się w powietrzu, katana zadrżała. Ostrze rozbłysnęło pulsującym światłem, a po chwili zajęło się szarym ogniem.

Krzyknęła, odsuwając je od siebie najdalej jak to możliwe.

Pamiętaj, żeby nie dotykać płomieni… nie chcielibyśmy, żebyś obróciła się teraz w popiół, prawda?

Zignorowała go. Musiała odłożyć emocje na bok, teraz najważniejsze było zniszczenie drzewa. 

Znów się zamachnęła i tym razem katana bez żadnego problemu przecięła gładko masywny korzeń, który upadł z głuchym łoskotem na ziemię. Sapnęła ze zdumienia. Niech to szlag… Co jeszcze ten cholerny lis trzymał w zanadrzu? 

Podbiegła szybko do kolejnego korzenia i znów płynnym ruchem przecięła roślinę. Później kolejną, jeszcze jedną i następną.

— Ten jest ostatni! — Krzyknęła, gdy spotkali się z Fukuro po drugiej stronie. Wytarła twarz z potu i zamachnęła się.

— Ten zostaw. — Fukuro złapał jej ramię w ostatniej chwili. — Jest spróchniały, nie ma sensu…

Nie słuchała go. Wyrwała dłoń z uścisku Fukuro i przecięła korzeń jednym ruchem. Wczepiła palce w drewno, rozdzierając je z całej siły. Zamarła.

— Nie… O nie...

Fukuro stanął za jej plecami. Oboje wpatrywali się w popiół, który wciąż miał ludzki kształt.

— Ile? — Sapnęła ciężko. — Ile nie żyje?

Przez chwilę panowała cisza.

— Czterdziestka.

Miała wrażenie, że serce skurczyło się w jej piersi. 

— Bogowie… — szepnęła drżącym głosem. — Gdybym tylko wiedziała wcześniej…

— Hinata, przestań. Chodź. — Pociągnął ją za ramię. — Musimy obudzić resztę i zabrać ich stąd. Nie mamy już czasu.

Skinęła mechanicznie głową. Pozwoliła pomóc sobie wstać, ale wciąż nie mogła oderwać wzroku od tkwiącego w korzeniu popiołu. Czterdzieści niewinnych żyć… 

Fukuro nie pozwolił jej znów zatracić się w żalu. Podszedł blisko i delikatnie położył jej dłoń na ramieniu.

— Damy radę. Po to tu jesteśmy. Skup się teraz, proszę.

Gdy skinęła głową, uniósł dłoń na wysokość ich oczu i ułożył nią znak, który wydawał jej się dziwnie znajomy.

— To jest uwolnienie. Gdy przyłożysz palce do ich czoła — obudzą się. Rozumiesz?

— Tak.

Fukuro zerknął do przodu i uśmiechnął się niemrawo. 

— Asuka już czeka przy drzwiach. Uwolnijmy ich i wynosimy się stąd.

Skinęła głową. Odwróciła się i zaczęła biec. Myśli obijały się chaotycznie w jej głowie. Musiała odsunąć od siebie to wszystko, wypełnić umysł prostymi poleceniami: uwolnić, wydostać się, zakończyć to. Tak, właśnie tak — jak mantra, powtarzana przy każdym wdechu. Uwolnić, wydostać się, zakończyć to. 

Podbiegła do korzenia, rozerwała palcami drewno i zamarła. Dziecko. Tak małe, młode dziecko. Mogło mieć nie więcej niż trzy lata. Bogowie… dlaczego akurat dzieci? Oczy zapiekły ją od łez. Ostrożnie oswobodziła chłopca i wzięła go w ramiona. Ułożyła wolną dłonią znak, przykładając go do czoła malucha. Od razu otworzył oczy, które wypełniły się łzami, gdy zawiesił na niej wzrok.

— Przepraszam, przepraszam… — szepnęła, przytulając go mocniej do piersi. — Zabiorę cię stąd, obiecuję.

Poderwała się na równe nogi i ruszyła w kierunku Asuki. Podała dziecko w jej ręce, nawet nie patrząc na jej twarz. Nie miała odwagi.

Puściła się biegiem do kolejnego korzenia. W środku tkwiła mała dziewczynka. Jej zamknięte powieki delikatnie drgały, jakby śniła o czymś przyjemnym. Hinata zacisnęła zęby i powtórzyła całą procedurę. 

Biegała, płakała, pomagała. 

Powtarzała te czynności tyle razy, że straciła poczucie czasu. Wszystkie myśli i wyrzuty sumienia zniknęły z jej głowy, zastąpione tylko jedną ideą: pomóc. Zbierało jej się na mdłości na samą myśl, że w czasach, gdzie wielkie nacje żyły w pokoju, miało miejsce takie bestialstwo. Pieprzona iluzja, hipokryzja i zakłamanie. Ile jeszcze jest miejsc podobnych temu, w którym niewinni cierpią i tracą życia? W tym całym absurdzie wizja idealnego świata Akatsuki wydawała jej się bardziej humanitarna i realna niż kiedykolwiek wcześniej. Obiecała Itachiemu bycie ostrożną i nie wpadanie w tę iluzję pokoju, ale… ktoś musiał być w stanie zmienić ten cholernie zepsuty świat!

Świat, który po raz kolejny udowodnił jej, że nic o nim nie wiedziała.

— Mam ostatnie! — krzyknął Fukuro, podbiegając do wyjścia z przestraszoną dziewczynką na ramionach.

Hinata objęła wzrokiem dzieci, które skuliły się w ciasną grupkę i popłakiwały cicho. Chciała móc zrobić coś, cokolwiek, byleby ulżyć ich cierpieniu, ale… nie wiedziała co.

— Hiroshi? — Asuka rozejrzała się dookoła i zmarszczyła brwi. — Nie widzę Hiroshiego, nie możemy przecież bez niego odejść. Akane…

— Jego korzeń już zaczął niszczeć, nie ma sensu…

— Hiroshi? — Hinata odwróciła się gwałtownie. — Ktoś jeszcze został? Poszukam go, idźcie przodem!

— Stój! — Fukuro wyciągnął dłoń w jej stronę. — Zrobisz mu tylko większą krzywdę, nie powinnaś…!

— Nie słuchaj go, Hinata! — wrzasnęła Asuka. — Zamknij mordę, Fukuro i bierz dzieciaki. No, chodźcie maluchy, wychodzimy stąd…

Ich głosy szybko zniknęły na korytarzu. Bogowie, oby tylko dotarli bezpiecznie do ogrodów. Sufit w krypcie już zaczynał się zawalać, zostały im minuty…

Rozglądała się gorączkowo po korzeniach. Biegała między nimi, starając się wypatrzeć ten właściwy. Okrążyła drzewo już ponad dwa razy, do cholery jasnej! 

Gdzie…?

W końcu zwróciła uwagę na ciemną korę drzewa. Tam? Wydawało, jej się, że… tak! To one! Znalazła!

Większość nadpróchniałych korzeni była bardzo blisko trzonu. Podbiegła do pierwszego z nich i od razu odcięła go kataną. Ledwie zdążyła rozedrzeć palcami roślinę, gdy poczuła w dłoniach popiół. Mdłości podeszły jej do gardła. 

Kolejne martwe. Fukuro miał rację… Ale Hiroshi… Nie wiedziała, dlaczego chłopiec był tak ważny dla Asuki, ale skoro tak... nie mogła teraz odejść. Musiała poszukać jeszcze trochę! 

Od razu zabrała się za kolejny z korzeni. Tym razem natrafiła dłońmi na miękką, choć zimną skórę. Przełknęła z trudem ciężką gulę, która stanęła jej w gardle. Rozdarła roślinę i sapnęła cicho, gdy jej oczom ukazała się mała dziewczynka. 

Zamarła. 

Wydawało jej się, czy…? Nie, podobieństwo było zbyt uderzające. Ale…?

Przetarła dłonią oczy. Może to wszechobecne popiół i kurz płatały jej figle? Przecież to dziecko wyglądało zupełnie jak…

— Akira… — szepnęła z niedowierzaniem.

Podobieństwo rysów twarzy było wręcz uderzające. Nawet spomiędzy gęstej grzywki wyraźnie wyzierał identycznie wytłoczony na czole symbol półksiężyca. 

Straciła równowagę, gdy świątynia zatrzęsła się po raz kolejny, a ściany pokryły liczne pęknięcia.

— Cholera, nie teraz!

Szybko oswobodziła dziewczynkę z korzenia i przerzuciła ją sobie przez ramię. Nie mogła marnować więcej czasu, zostało jeszcze tak dużo do sprawdzenia! 

Podbiegała do kolejnych korzeni. Cięła, sprawdzała, kaszlała od wszechobecnego kurzu. Niestety, żadna z pozostałych roślin nie kryła w sobie nic więcej niż kupki popiołu. Nie miała jednak zamiaru się poddawać. Zaszła już tak daleko! Jeszcze trochę, jeszcze kilka…!

Krzyknęła z bólu, gdy przy rozdzieraniu kolejnego korzenia w jej dłoń wbiła się ogromna drzazga. Zamrugała oczami, żeby odpędzić łzy. Nie teraz, nie w takiej chwili! Wsadziła dłonie głębiej. Bogowie… czy to?

Włożyła ostatnie pokłady energii w rozdarcie rośliny. 

— Tak… tak! Bogowie, dziękuję wam! — zawołała drżącym od płaczu głosem, gdy odnalazła kolejne żywe dziecko.

To było zdecydowanie najmłodsze z nich. 

Chłopiec był chorobliwie blady. Z jego ust wypływała krew. Mimo to uśmiechał się lekko przez sen, jakby cały ten koszmar dookoła nigdy nie miał miejsca.

Ostrożnie, możliwie jak najdelikatniej, oswobodziła go z rośliny i przytuliła do piersi. 

Oparła dzieci o swoją klatkę piersiową. Ułożyła dłońmi znak — taki jak wcześniej pokazał jej Fukuro. Maluchy niemal od razu otworzyły oczy. 

Młodsze z dzieci wpatrywało się w nią nic nierozumiejącym wzrokiem, a dziewczynka rozglądała się ze strachem dookoła.

Musiała ich stąd zabrać. Za wszelką cenę.

— Chwyćcie się mnie mocno! — zawołała, by przekrzyczeć odgłos spadających kamieni. 

Dzieci spojrzały na nią z przestrachem, więc łagodnie, ale dosadnie dodała:

— No już, szybciutko! Wynosimy się stąd!

Poderwała się na równe nogi. Już ruszyła w stronę wyjścia, gdy olbrzymi kawałek sufitu oderwał się i roztrzaskał z hukiem tuż za jej plecami, a siła uderzenia powaliła ją kilka kroków dalej na kolana. Krzyknęła z bólu i mocniej przytuliła dzieci.

Chwiejnie podniosła się na nogach. Korytarz! Musiała odnaleźć przejście! Ruszyła biegiem na oślep.

Świątynia już nie drżała — ona zawalała się w każdym możliwym miejscu. Tumany kurzu latały w powietrzu, utrudniając oddychanie i widoczność. Przycisnęła płaczące dzieci mocniej do piersi. Musiała je stąd wyciągnąć, musiała je uratować! 


***

Snuła się otępiale przy wejściu do ogrodów. Nie zwracała uwagi na przeraźliwe krzyki kapłanek i zawodzenia małych dzieci, które chwilę wcześniej przyprowadziła z podziemi Asuka.

Nie było go wśród nich. Nie poszła, żeby go uratować. 

Tylko te dwie myśli kołatały się w jej głowie. Była słaba. Żałosna, strachliwa, okrutna, najgorsza z możliwych. Jak mogłaby stąd odejść po czymś takim? Nie mogła. Musiała tu zostać. Powinna skonać z głodu przy ruinach, lub umrzeć w jakikolwiek inny, podobnie okrutny sposób. 

Asuka szarpała cały czas jej ramieniem, ale nie zwracała na to uwagi. Była w stanie tylko pustym wzrokiem wpatrywać się w niszczejącą świątynię. Dlaczego wtedy uwierzyła Akirze? Dlaczego w ogóle zdecydowała się tutaj przyjść z Hiroshim?! Dlaczego…

Zamrugała, gdy Asuka stanęła naprzeciw niej, choć w dalszym ciągu nie mogła zrozumieć słów, które przyjaciółka do niej kierowała.

— Nosz do kurwy nędzy! Akane, weź się w końcu w garść!

Asuka w ułamku sekund podeszła bliżej. Odchyliła się nieznacznie tylko po to, by z całej siły uderzyć czołem o jej własne. 

Otworzyła szeroko oczy i zakryła dłonią bolące miejsce.

— Ała… — mruknęła, przytomiejąc. — Czy ciebie bogowie opuścili?

Asuka wyszczerzyła zęby.

— Najwidoczniej bogowie mi dzisiaj sprzyjają, skoro moja metoda po raz kolejny podziałała!

— Jesteś chora.

— I kto to mówi?! Ty za to…

Słowa Asuki zagłuszył potężny huk. Obie podniosły wzrok na wejście, przy którym stały.

— O cholera, wszystko się wali! Szybko do tyłu! — wrzasnęła Asuka. Zacisnęła pięść na skrawku jej kimona i pociągnęła z całej siły.

Akane zamarła. Wyciągnęła dłonie w stronę zawalającego się przejścia.

— Asuka, nie! Puść mnie! Hiroshi! Mój Hiroshi! Błagam puść! — krzyczała, dławiąc się łzami. — Nie mogę… proszę cię!

Choć wyrywała się tak mocno, jak tylko potrafiła, Asuka była znacznie silniejsza. 

Hiroshi… Jej mały Hiroshi!

Ścisnęło ją w piersi, gdy w tumanach kurzu dostrzegła jakiś kształt. Momentalnie przestała się wyrywać i zamilkła. Strach nie pozwalał jej mieć nadziei, a nawet prosić bogów o pomoc. W tej chwili, która trwała w nieskończonść, mogła tylko czekać. 

Świątynia runęła. Olbrzymia kopuła zapadła się, a ściany zawaliły pod jej ciężarem. 

W ostatniej chwili dostrzegła wybiegającą z przejścia Hinatę. Fukuro rzucił się w jej stronę. Tumany kurzu i popiołów opadły w ogrodach, uniemożliwiając dostrzeżenie czegokolwiek. W tym samym momencie rozległ się kolejny, potężny huk. 



// Nie dotrzymałam obiecanych terminów i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Blog już trochę porósł pajęczynami, ale mam malutką nadzieję, że uda mi się je w najbliższym czasie uprzątnąć. Praca za granicą ostatnimi miesiącami niestety wymagała ode mnie zbyt dużo uwagi, bym jeszcze mogła znaleźć czas na pisanie. Inaczej sprawa ma się (na szczęście) ze studiami — im więcej nauki, tym większa chęć do pisania. ^^

 Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy wleci kolejny rozdział, dlatego dzisiejszy opublikowałam nieco dłuższy. Mogę mieć tylko nadzieję, że jeszcze w tym miesiącu uwinę się z nową notką.

  Dla osób zaznajomionych z uniwersum Harry'ego Pottera mam za to niespodziankę. Razem z Sayuri Shirai założyłyśmy wspólnego bloga: In Noctem. Jest to dramione osadzone w powojennych realiach. Serdecznie zachęcam do zerknięcia i wyrażenia opinii. :3